czyli o adopcji słów kilka

Na świecie pojawiłem się około grudnia 2015 roku. Mówię około bo dokładnie tego nie pamiętam, a i nikt tego nie zapisał w żadnym specjalnym zeszycie albo kalendarzu. Matkę miałem przeciętną, ojca nigdy nie poznałem. Z opowieści innych i moich szczątkowych wspomnień wynika, że pierwsze dwa miesiące życia spędziłem na podwórku pani, która niezbyt przejmowała się losem swoich psów. Ja, moja matka i kilkoro mojego rodzeństwa trudno wiązaliśmy koniec z końcem. Ja jednak od początku byłem rezolutnym dzieciakiem. Gdy tylko widziałem, że pani, która niby się nami opiekowała pojawia się na horyzoncie, tak głośno szczekałem, żeby nas zauważyła, że w końcu dawała nam ochłapy żebym chociaż na chwilę zamilkł. W ten sposób nauczyłem się, że im głośniej szczekam tym lepiej.

Tak upływały pierwsze dwa miesiące mojego życia. Nudziło mi się jednak pewnego nudnego dnia na tym nudnym podwórku więc prześlizgnąłem się na posesję sąsiada, co by pooglądać sobie okolicę. Nie myślałem wtedy, że będzie to początek mojej wielkiej przygody. Gdy sąsiad zobaczył mnie na swoim podwórku, (a właściwie najpierw usłyszał zanim zobaczył) stwierdził, że pani z podwórka obok źle się nami zajmuje więc jest to najlepsza okazja żeby coś ze mną zrobić. Przez zaciśnięte zęby wspominał również o moim nieznośnym szczekaniu. Po chwili namysłu postanowił odwieźć mnie do miejsca zwanego Schroniskiem dla Zwierząt.

Śmieszne to było miejsce. Dużo się działo. Gdy szczekałem, a zdarzało mi się to dość często, odpowiadało mi przynajmniej kilka psów. Wszyscy ludzie tam pracujący, zajmowali się mną troskliwie, dawali jedzenie, robili zdjęcia i świętowali gdy zasypiałem wtedy na chwilę chociaż mogli wyjąć zatyczki do uszu. Raz nawet zdarzyło mi się wystąpić w nagraniu dla telewizji. Gdy byłem na planie, pani mnie trzymająca (trudne to było dla niej bo strasznie się kręciłem i szczekałem:)) mówiła dużo o żywych srebrach ze schroniskowego żłobka Hał. Wspominała też o przemyślanych i odpowiedzialnych decyzjach.

W Schronisku mówiono do mnie Hienek. I podobno nie było to imię związane z moim umaszczeniem tylko raczej z tonami dźwięków które potrafiłem wydawać. Nie zagrzałem tam jednak miejsca na długo. Pewnego dnia przyjechała po mnie obca pani. Widziałem jej minę jak mnie pierwszy raz zobaczyła…tzn usłyszała. Oczy prawie wyskoczyły jej z orbit. Dałem popis mojego wokalu. Wszyscy byli zdziwieni, że nadal mnie chciała.

W samochodzie założyła mi na szyję coś w rodzaju sznurka. Nazywała to obrożą i mówiła, że jej się w niej podobam. Mi średnio ten pomysł przypadł do gustu bo strasznie to ustrojstwo swędziało i ciągle musiałem się drapać. Gdy przyjechałem do mieszkania i zostałem postawiony na podłodze długo biegałem bokiem ciągle próbując pozbyć się obroży i oczywiście szczekałem. Oczy mojej nowej, ludzkiej mamy wydawały się coraz większe. Przez moment chyba myślała, że jestem na coś poważnie chory…

W drodzę do domu trudno było zrobić mi zdjęcie

Potem poznałem stado, które moja ludzka mama nazywała moimi nowymi przyjaciółmi. Ta…przyjaciele…na początku się ich bałem i chciałem ich zeżreć. Ja 3 kilo żywej wagi chciałem stanąć do walki z psami o masie od 15 do 40 kilo. Z opresji ratowali mnie różni ludzie mówiąc, że nie wolno mi nikogo gryźć.

Uczyłem się dzielić i cierpliwie czekać

Już pierwszego dnia dostałem swój kenel. Co to jest? Taka klatka do spania i odpoczywania. Na początku bardzo mi się nie podobało, że muszę w niej być. Co prawda byłem tam chowany najczęściej po zabawie. Dostawałem w niej jedzenie, a potem usypiałem, ale te 20 sekund pomiędzy skończeniem jedzenia i zaśnięciem było nieznośne…

Mój osobisty pokój, zwany przez ludzi kenelem

Pierwsze doby były trudne. Mama chciała w nocy spać, a ja w nocy chciałem bawić się, sikać i robić kupę. Nie była szczęśliwa gdy budziłem ją o 2-giej, 4-ej i 6-ej rano. Niezbyt szczęśliwą minę miała również gdy chciała porozmawiać z kimś, a ja szczekałem w klatce. Długo mi zajęło (miesiąc do półtora czasu człowieczego) zanim zrozumiałem, że dopiero gdy będę spokojny zostanę wypuszczony.

Długo mi również zajęło (podobnież ze dwa kolejne miesiące – jak nie więcej…), żeby przekonać się, że gdy z horyzontu znika mi moja nowa ludzka mama to świat się nie kończy. Strasznie się stresowałem, że gdy mama znika to już nie wróci.

Sąsiedzi mówili na mnie „wydrzyjapa”. Gdy moja mama to słyszała czułem jak rosną w niej niemiłe emocje, ale z uśmiechem na twarzy opowiadała cierpliwie moją schroniskową historię i wtedy sąsiedzi łagodnieli. Chociaż niektórzy twierdzili, że takiego „wydrzyjape” wywalili by z domu po 15 minutach.

To tak naprawdę krótki zarys początku mojej historii. Kto by się spodziewał, że po takim wstępie będę mógł wylegiwać się na kanapie, wymuszać pieszczoty, dostawać smakołyki i jeszcze parę innych rzeczy. Ale przede wszystkim nie sądziłem, że po takim wstępie będę miał swojego człowieka, którego kocham i który kocha mnie.

Luty 2016

Luty 2017

Leave a Reply

Your email address will not be published.